# 97
Firma, w której pracuję, zatrudnia łącznie około 150 pracowników, przez sekretariat codziennie przewija sie po kilkanaście osób, których pewnie nie zobaczę po raz drugi.
I sytuacja: szefa już nie ma, jestem sobie sama na włościach, w drzwiach staje facet, zadziera rękę na framugę, opiera się, bierze głęboki wdech, głośno wypuszcza powietrze, patrzy na mnie i mówi - No. To miałem przyjść. Ja: yyy??? eee???? Ale w jakiej sprawie? Facet: No ja jestem zainteresowany pracą, podobno są jakieś wyjazdy na budowy do Niemiec to przyszłem.
W tych ciężkich czasach pozostaje pozazdrościć tak bezstresowego podejścia.
Inna sytuacja: dzwoni główna księgowa vel. beza vel. tarantula vel. black widow: Pani ***, czy działa u pani internet?? Ja: Działa (w domyśle - no to mamy problem...). Główna: Acha!!! No bo u mnie nie!!! Ja: No to cóż, pani ***, trudna rada, co zrobić. Główna: No fatalnie, to fatalnie (głęboki oddech, nerwowo wypuszczane powietrze, usiłuje zamaskować swój maksymalny wkurw spowodowany tym, że pewnie coś spieprzyła i nie wie, jak to naprawić, ale przecież się przed sekretarką nie przyzna). I tak po minucie słuchania jej sapania do słuchawki - trzask, rozłącza się.
Pojutrze weekend.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz